poniedziałek, 22 czerwca 2009

Pod powiekami

Rankami boję się otworzyć oczy. Wydaje mi się, że smugi światła przebijające się przez zepsute żaluzje zabiją coś we mnie - w środku. Pełen złudzeń, iż poranne promienie słońca mają w sobie moc prześwietlania ciała i duszy leżę – nie podnosząc powiek. Staram się doceniać tę porę dnia – to jedyny moment, w którym rzeczywiście jestem sam na sam ze sobą. Mała nirwana naznaczona nutą niepokoju– boję się tego, co przyniesie dzień. A jednocześnie intryguje mnie to bezustannie. Oczy jednak mam zamknięte tak długo, na ile pozwala mi poczucie rozsądku i przyzwoitości.

Ciemność,która kryje się za powiekami nie jest w rzeczywistości ciemnością. Tak sądzę. Przecież w tej postaci, w jakiej potocznie ją pojmujemy jest ona taka pusta i beznadziejna. Dlaczego mówi się o ciemności tylko dlatego, że gdy zamkniemy oczy – widnieje przed nami przestrzeń o barwie nazywanej „czarną”? Jest to intymna sfera prywatności własnych myśli, które – przeistaczane w nieodgadniony stan ludzkiego umysłu, który nazwać można np. wyobraźnią – kotłują się właśnie pod zamkniętymi powiekami. Nigdzie indziej. To tam doznajemy szczęścia, smutku,strachu czy Absolutu.

Nigdy jeszcze nie doświadczyłem tego ostatniego… Chociaż głęboko wierzę w to, że życie nie ogranicza się jedynie do tego, co materialne, tego co tu i teraz, tego co obok nas. Wierzę w siłę ludzkiej wyobraźni, potęgi podświadomości, która prowadzić może do duchowych uniesień i metafizycznych doznań. Moja idea Sacrum (tak to nazywam) wydaje się mieć – dla mnie samego oczywiście – głębszy sens i uzasadnienie. Zawsze bawiło mnie to, że dawno temu kilkoro sprytnych ludzi nazwało siłę podświadomości „bogiem” (tylko po to, aby sprawować władzę nad innymi) i od tej pory całe rzesze ludzi w różnych zakątkach świata boją się swojej własnej imaginacji… A przecież chodzi t y l k o o Absolut, który tkwi w nas… Po co dorabiać mu brodę, mądre spojrzenie, trójząb, harfę, czy twarz psa? Po co wyobrażać sobie coś więcej, niż potrzeba? I wreszcie – po co się bać? Nigdy nie doznałem Absolutu pod powiekami. Mam nadzieję, że nie dlatego, iż obdzieram go ze schematu i religijno-popkuturowego wymiaru… Być może dlatego, iż ranek nie jest porą na Sacrum? Nie ma miejsca na duchowe uniesienie, kiedy tak naprawdę boję się zepsutych żaluzji przepuszczających światło do pokoju… Nawet wtedy, gdy powieki są mocno zamknięte.

Żenująca walka ze samym sobą zawsze kończy się przegraną. Wygrywa konieczność. Pozostaje tylko wybrać sposób kaźni. Otwierać oczy powoli i męczyć się jak przy zastrzyku trwającym kwadrans czy narazić się na bolesne, ale krótkie ukłucie? Zwykle otwieram szybko i zawsze okazuje się, że tak naprawdę nie było się czego bać. Dlaczego więc każdy początek dnia rozpoczyna się w ten sam sposób? Dlaczego codziennie wita mnie strach kotłujący się pod zamkniętymi powiekami? Dlaczego codziennie próbuje się go pozbyć, a zarazem boję się otworzyć oczy, aby go uwolnić?

Boję sięsamotności. Dziś 22-gi, wszystkiego najlepszego… Staram się zachować dla siebie jak najwięcej radości. Gromadzę ją pod powiekami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz