czwartek, 10 września 2009

Dziennik pokładowy cz. 1

Warszawa jest fascynująca i odstraszająca zarazem. Zalążek nieco wyższej niż obcowanie z "Rogowianką" kultury podnosi na duchu. Wszystkie kluby i lokale, których pewnie w większości nigdy nie odwiedzę również powodują jakiś psychiczny komfort możliwości ucieczki od nudy. Smog, korki, maszyna, masa i poczucie Niewiedzy Totalnej potrafi odstręczać - staram się tego nie dostrzegać schowany w moim tymczasowym miejscu schronu.

Mieszkanie jest "modern", fajnie (nienawidzę słowa "fajnie") urządzone i ogółem jest tu zupełnie sympatycznie. Cicha okolica i cisi sąsiedzi z jednej strony cieszą, z drugiej jednak obawiam się ich reakcji na nadciągającą na nich wielkimi krokami sporą dawkę jazzu. Napotkane jak dotąd osoby okazały się być starszymi bądź jeszcze bardziej starszymi paniami, które chyba niewiele słyszą (co w przypadku nadciągającej fali muzyki jest pocieszające) i niewiele widzą. Gdy dziś mijałem jedną z nich na klatce - zastanawiałem się czy mam ją już reanimować czy poczekać i przekonać się, czy dojdzie do mieszkania. Nie reanimowałem, ani nie poczekałem...

Rozeznanie w Punktach Zasadniczych, komunikacji miejskiej i wszelkich ciekawszych okolicach w miarę szybko sprawia, iż rozwijam swój talent pamięci terenowej. Do dziś moim największym sukcesem jest zaprowadzenie A. do galerii ECHO w Kielcach (idąc od dworca - z pamięci rzecz jasna!). Być może tutaj rozwinę skrzydła. Wydział, Empik, Tygmont, Cafe, Pizza Hut i jakieś przystanki - zlokalizowane. Nic więcej do szczęścia nie trzeba. Nawet czajnik mam kosmiczny - świecący. I - cytując legendarnego Lecha - ma zajebisty dziubek!

Tylko A. powinna tu siedzieć i pić ze mną herbatę... Bez Niej jest zbyt szaro, zbyt pusto. Ca Ira.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz