piątek, 11 września 2009

Dziennik pokładowy cz. 2

"Siusiu w torcik" to tytuł chyba nieprzypadkowy, biorąc pod uwagę to, iż dzieła sztuki zebrane na tej wystawie nie pasują do siebie zupełnie. Wśród pozycji mniej lub bardziej ciekawych - wynalazłem kilka totalnych kiczów i kilka prawdziwych perełek, które z przyjemnością kontemplować mogę w każdej chwili. Zachęta zachęciła mnie do tego, bym odwiedzał ją częściej. Najprawdopodobniej tylko w czwartki...

150 tysięcy maków, jeden obok drugiego, w jednym miejscu - robi wrażenie. Nawet jeśli nie wyglądają na szczególnie naturalne, podświetlone od dołu kwiaty potrafią przykuć uwagę i cieszyć oko. Nie one jednak stanowiły główny cel mojej wycieczki na Krakowskie Przedmieście. Chopin na jazzowo okazał się dużo bardziej fascynujący, niż się zapowiadał. Podczas koncertu trio Jagodzińskiego więcej było jazzu niż Chopina, na co skrycie liczyłem. Klasyczne melodie mazurków i polonezów były pochowane wśród partii synkopowanych, licznych jazzujących, często zawieszonych akordów. Przemycane tematy z Chopina stanowiły bazę wyjściową do improwizacji instrumentalistów, które były naprawdę zachwycające. Czasem nachodzi mnie myśl, że najlepsze koncerty to te, na które trafia się przypadkiem. Dzisiejszy wieczór zdaje się to potwierdzać.

Jutro odjazd. Pierwsze rozeznanie - pozytywne. Tylko zakonnice w autobusie 150 trochę śmierdzą...

czwartek, 10 września 2009

Dziennik pokładowy cz. 1

Warszawa jest fascynująca i odstraszająca zarazem. Zalążek nieco wyższej niż obcowanie z "Rogowianką" kultury podnosi na duchu. Wszystkie kluby i lokale, których pewnie w większości nigdy nie odwiedzę również powodują jakiś psychiczny komfort możliwości ucieczki od nudy. Smog, korki, maszyna, masa i poczucie Niewiedzy Totalnej potrafi odstręczać - staram się tego nie dostrzegać schowany w moim tymczasowym miejscu schronu.

Mieszkanie jest "modern", fajnie (nienawidzę słowa "fajnie") urządzone i ogółem jest tu zupełnie sympatycznie. Cicha okolica i cisi sąsiedzi z jednej strony cieszą, z drugiej jednak obawiam się ich reakcji na nadciągającą na nich wielkimi krokami sporą dawkę jazzu. Napotkane jak dotąd osoby okazały się być starszymi bądź jeszcze bardziej starszymi paniami, które chyba niewiele słyszą (co w przypadku nadciągającej fali muzyki jest pocieszające) i niewiele widzą. Gdy dziś mijałem jedną z nich na klatce - zastanawiałem się czy mam ją już reanimować czy poczekać i przekonać się, czy dojdzie do mieszkania. Nie reanimowałem, ani nie poczekałem...

Rozeznanie w Punktach Zasadniczych, komunikacji miejskiej i wszelkich ciekawszych okolicach w miarę szybko sprawia, iż rozwijam swój talent pamięci terenowej. Do dziś moim największym sukcesem jest zaprowadzenie A. do galerii ECHO w Kielcach (idąc od dworca - z pamięci rzecz jasna!). Być może tutaj rozwinę skrzydła. Wydział, Empik, Tygmont, Cafe, Pizza Hut i jakieś przystanki - zlokalizowane. Nic więcej do szczęścia nie trzeba. Nawet czajnik mam kosmiczny - świecący. I - cytując legendarnego Lecha - ma zajebisty dziubek!

Tylko A. powinna tu siedzieć i pić ze mną herbatę... Bez Niej jest zbyt szaro, zbyt pusto. Ca Ira.

poniedziałek, 7 września 2009

Hitchcockowatość

Bum... I mamy trzęsienie ziemi. Jakieś "ło"!

A teraz napięcie rośnie. Każdemu rośnie coś na pięcie...
Rośnie
Rośnie
Rośnie

I zaskakujący
Koniec.


Dziękuję.

środa, 2 września 2009

Kilka myśli zebranych na trasie

Czy wyrabianie umiejętności prowadzenia samochodu podczas nauki jazdy ma zniechęcić ludzi do jeżdżenia samochodem? W swym krótkim życiu przejeździłem 23 godziny (w perspektywie mam jeszcze 7, a potem to już nie wiadomo) i już tego nienawidzę... Być może samodzielna jazda bez kompana u boku (posiadającego Pedały Ostateczności) przywróci mi radość z wpadania w dziury na polskich drogach.

Nie znoszę limuzyny o kryptonimie MICRA. Jest tam ciasno, duszno, niewygodnie i wsteczny ciężko wskakuje. Jezu Chryste, któryś cierpiał na krzyżu! Dlaczego ja muszę cierpieć w MICRZE?! Myślisz, że Tobie było gorzej? Wcale nie! Może i nie mam przybitych dłoni do kierownicy, ale za to Ty nie musiałeś się martwić o pieszych pod krzyżem ani o innych wiszących, którzy Cię nie mijali ani nie wyprzedzali. MICRO, giń!

Nie znoszę pieprzonych Kielc, po których mam ostatnio wątpliwą przyjemność poruszania się pojazdem samochodowym (MIRCO, giń!). Kielce to dzieło szatana, jestem tego pewien. Ciężko mi znaleźć jakieś konkretne dowody dla tej tezy, ale jadąc po szarych jezdniach tego szarego miasta - czuję obecność szatana w pobliżu. To sam Diabeł Najwyższej Instancji wymyślił te cholerne, wielkie skrzyżowania, na które wjeżdżam, staję na środku, tamuję ruch, i na których "mam kombinować, żeby ułatwić przejazd sobie i innym". To szatan wymyślił ronda ze znakiem "ustąp pierwszeństwa", to szatan wymyślił kieleckie uliczki osiedlowe, to szatan wymyślił ulicę Domaszowską, to sam szatan we własnej osobie spłodził mojego instruktora!

Żarty Szanownego Wyżej Wspomnianego (którego mimo wszystko pozdrawiam) są chyba jeszcze bardziej drętwe niż te o perkusistach. Podziwiają je i śmieją się z nich jedynie uroczy Damianek i pani Janina (których nie pozdrawiam). Ruskie powiedzonka, tureckie przysłowia, starożytno-fińskie (haha - doskonałe, czyż nie?) prawdy życiowe. Kiedy błądzę w socjalistycznym krajobrazie Kielc myślę sobie, że warto było wydać tę kasę na kurs - choćby po to aby poznać "prawo zupy" (którego z racji walorów estetycznych tego niewątpliwie artystycznego miejsca nie będę przytaczał). Poza tym - życzę każdemu, żeby choć raz mógł zobaczyć mojego zgarbionego i ściśniętego w MICRZE (MICRO, giń!) instruktora podjeżdżającego do miejsca X - magiczny obrazek. Jest on wtedy takim Wielkim Śledziem w małej puszce.

Niedługo wsiądę do niej z powrotem. Wcale mi do tego nie spieszno. MICRO, giń!