czwartek, 27 sierpnia 2009

Biję Schopenhauera po głowie

Coraz częściej wydaje mi się, że nie potrafię dotrzeć do sedna czegokolwiek. Zatrzymuję się w połowie mojej drogi poznania, na granicy własnych możliwości. Nie wiem czy emocjonalnych czy intelektualnych… Nie umiem odkryć istoty, idei. Patrzę na wszystko, co mnie otacza jak na niewyraźne cienie w jaskini. Uświadamiam sobie, że otaczająca mnie rzeczywistość pełna tych cieni przyprawia mnie o nużące uczucie niespełnienia. Dlaczego nie potrafię spojrzeć w górę i ujrzeć tego, do czego dążę? Może rzeczywiście nie możemy dotrzeć do „istoty bytu”? Być może nie jest nam dane ogarnąć swój własny zmysł poznania… Kant chyba miał rację.

A może to moja własna świadomość jest już ograniczona z powodu całej tej burzy, tej huśtawki emocjonalnej odbywającej się w moim umyśle? Może pewne sytuacje już mnie przerastają? Wszechogarniająca atmosfera niedopowiedzenia i niepewności stwarza jakieś niejasne pozory zjawiska, które Goethe nazwałby pewnie „weltschmerzem”. Na całe szczęście daleko mi do Wertera i jemu podobnych. Psychopata siedzący w mojej głowie jest kimś zupełnie innym. On również jest jakimś bytem, do którego istoty z całą pewnością nie potrafię dotrzeć… A może to ja jestem jego istotą?

Rozważania te są nieco przygnębiające, chyba tak… Może nawet niezrozumiałe. Właściwie sam – o czym wcześniej już wspomniałem – nie potrafię tego ogarnąć. Trapi mnie to, a ja wciąż powtarzam sobie, aby o tym nie myśleć. Ambicja przeskoczenia tej filozoficznej granicy jest chyba jednak silniejsza niż moja wątła perswazja. Tym bardziej jeśli próbuję o czymkolwiek przekonać sam siebie…

Jednak na przekór tej melancholii codziennie biję po głowie wychylającego się zza mojej półki z książkami Schopenhauera i staram się odnajdywać szczęście. Pesymizm jest na większą skalę szaleńczo nudny. Co innego konstruktywny i inspirujący dekadentyzm (turborealistycznie umiłowany) - pesymizm niech jednak pozostanie ideą, do której nie chcę docierać. Radości więc – jej trzeba poszukiwać! Co prawda nie uciekam w używki i ekstremalne doznania erotyczne – ale kontemplacja sztuki, własna twórczość i nadzieja dają mi ukojenie. I nie uważam tego za „iluzyjne raje”. Sztuczny był boski Eden i Olimp, ale emocje tkwiące we mnie nie mają z nimi nic wspólnego. Zupełnie nic.

niedziela, 16 sierpnia 2009

O Gębie

Przedsłowie

„Chcę się zabić” to lol nad lolami, żal nad żalami i w ogóle. Więc po co to wszystko? Nawet jeśli „okazjonalnie” (mistrzostwo świata) miewam myśli samobójcze to po cóż uzewnętrzniać to w taki sposób, który kłóci się z intelektualną i estetyczną wymową tego miejsca… Rozmowy o sztuce, czyli rozmowy sztuczne okazały się być nieco oświecające.

Słowie

Nienawidzę się golić. Jeśli naprawdę istnieje jakiś bóg, jeśli naprawdę byli sobie Adam i Ewa – to z całą pewnością największą karą za uległość wobec grzechu, jaką wymierzył bóg Adamowi – było golenie ryja. „Adamie, posiądź tęże maszynkę do golenia i gól się. Gól, byś nie wyglądał, jak małpa!” – zagrzmiał bóg. A teraz ja – jako potomek Adama i późniejszych Adamów, wreszcie potomek Adama, który jest moim ojcem i wcale nie ma na imię Adam – również muszę troszczyć się o to, żeby nie wyglądać jak małpa… Jak niedźwiedź. Jak NieWiemCo. Nienawidzę się golić.

Patrzę na powolne ruchy ostrza, które pozbawiają mnie kłujących igiełek obrastających twarz i boję się. Boję się czy czasem nie przyprawiam sobie gęby. Może człowiek właśnie powinien być małpą. I tak nią jest! Więc jeśli nią jest, to powinien nią być! (?)


Z drugiej strony czy utrzymywanie zestawu gęba+zarost (McGęba) to też nie jest przyprawianie gęby? No bo jeśli już się golę to jednak w jakimś stopniu się tej gęby pozbywam. Chyba… Co to jest przyprawianie gęby i czym ta gęba jest – zastanawiam się podczas codziennego (no, prawie) okaleczania się w ramach jakiejś wyższej idei. O, Gombrowiczu! Wrzynasz się w moje postrzeganie świata, odkąd Cię pierwszy raz przeczytałem… Nie chcę Ciebie ani Twojej gęby.


Ostatecznym wnioskiem płynącym z tej codziennej refleksji jest to, że tak czy siak – i tak mamy przyprawioną gębę. Jeśli my sami sobie jej nie przyprawiamy to przyprawiają ją nam inni. Hura. Swoją drogą – taki sam wniosek wysnuł chyba sam Gombrowicz… Ale Gombrowicz nie był turborealistą – upatruję w tym fakcie swoją wyższość nad Jedynym Prawdziwym Wieszczem. Niemniej jednak w takim wypadku – kolejne ruchy zaostrzonego metalu (metal = szatan, bóg ukarał Adama goleniem się metalem, a więc ukarał go pierwiastkiem szatana. Wszystko się zgadza, łał) mają jakieś uzasadnienie. Mimo, że go nie mają… Ale mają. Mają bo nie mają.

Woda po goleniu marki Bruno Banani boli, bardzo.

Posłowie

Nie lubię tego uczucia pt. „mogłem to zrobić lepiej”, które pojawia się podczas przeglądu ryja tuż po ogoleniu. Poza tym – lustro w mojej łazience jest brudne.

niedziela, 9 sierpnia 2009

Dzień, w którym stałem się psychopatą

---
tochybaniebyłototochybaniebyłototochybaniebyłototochybaniebyłototochybaniebyłototochybaniebyłoto
---

Okazuje się, że mój jedyny prawdziwy cel w życiu nie został osiągnięty dlatego, że po prostu nie dałem sobie z nim rady. Ja. Z racji swojego charakteru, z racji wszechschizy, którą noszę w sobie, dokarmiam i trzymam pod czaszką – nie dałem rady…

Nie stałem się tym, kim zawsze chciałem być. Okazało się, że nie jestem wystarczająco DOBRY, wystarczająco… Uświadomienie sobie, że twoje Spełnienie być może zasługuje na Kogoś Lepszego bo tobie nie udało się podarować Mu tego, czego oczekiwało – jest największym dramatem jakie można przeżywać w związku z wielkim uczuciem i emocją. Chyba niespełnioną. Na ten czas. „Na ten czas…”. Cóż może być straszniejszego niż uświadomienie sobie, że to, do czego dążyłeś przez cały czas, co było Twoim najważniejszym marzeniem – okazało się „nie być TYM” z twojego powodu?


„To (…) To” – spojrzałem w kierunku drzew rosnących na alejkach, poczułem znów piekący ból w sercu i ponownie stałem w miejscu, do którego wrócić mogę już tylko myślami. Obiecałem.

Zawsze śmiałem się z ludzi mówiących „Och, jakiż jestem beznadziejny. Och, jakiż jestem beznadziejny”… Śmieszyło mnie (i śmieszy) to heroiczne poszukiwanie swojej „nadziejności” w oczach innych i oczekiwanie na to, iż tę „nadziejność” się znajdzie. Żenujące, prawda? A jednak ja też czuję się beznadziejny. Czuję się zerem (takim łał - pisanym czcionką Times New Roman). Tyle, że nikomu o tym nie opowiadam i nie szukam „nadziejności”, bo wiem, że jej nie ma.

Wczoraj po raz pierwszy naprawdę poczułem się psychopatą. Poczułem coś na kształt Wielkiego Napływu Wkurwienia na siebie, na swoje lęki, na swoje abstrakcyjne postrzeganie świata, na swój schizoidalny stosunek do ludzi. Znienawidziłem siebie. Znienawidziłem Dziwaka (napisałem „dziwaka”, a program do edycji tekstu zmienił mi to na „dziekana”…) siedzącego w mojej głowie i śmiejącego się ze mnie. Znienawidziłem mój świat, w którym jestem tylko ja, a tak naprawdę nie ma w nim dla mnie miejsca… Wczoraj trwa jeszcze dziś, będzie trwało jutro i być może potrwa do końca życia. „Postrzegasz przyszłość poprzez pryzmat przeszłości”. Inaczej już chyba nie umiem… Kim ja jestem? Czym mam żyć? Po co…


Cześć, jestem psychopatą zamkniętym w swoim hermetycznym świecie wszechschizy, chcesz ze mną o tym porozmawiać?

wtorek, 4 sierpnia 2009

"Bo nie chcę Cię kochać"

Straciłem Miłość swojego życia. Tracę? Może już straciłem?
Po raz pierwszy poważnie myślałem o samobójstwie - ale zaraz dotarło do mnie, że to kiczowate. A poza tym jestem na to za słaby. Pozostała modlitwa do wszechświata o koniec wszechświata... Który nie nadejdzie.
Nadal pozostaje Nadzieja. Ale już tylko Nadzieja. Wszystko poza Nią pozostało gdzieś w oddali.
Znowu zaległa cisza. Słychać tylko świerszcze. Ciekawe, o czym śpiewają.
Boję się samotności.
Boję się, że Nadzieja...

Dziś słyszałem trąbkę. Była piękna.

niedziela, 2 sierpnia 2009

Sztuka – czyli postmodernizm – czyli turborealizm

Wspominałem, że ostatnie wieczory tchnęły we mnie nieco pogody i nadziei. Refleksje o Wszystkim jakie prowadziliśmy z Przyjacielem na jego balkonie patrząc na ciemniejące niebo – rzeczywiście stały się odskocznią od tego co „tu” i „teraz”. Nasze literacko-muzyczne, artystyczne i uduchowione nastroje spowodowały wzajemny przypływ inwencji twórczej i przemyśleń estetycznych.

Było ku temu wiele powodów. Sam fakt zasłyszanej przypadkiem, uroczej kłótni sąsiada Macieja ze swoją matką wprawił nas w dobry nastrój. Powtarzane chorym akcentem „tak, przesadzasz! Tak przesadzasz! Tak przesadzasz!” spowodowało, że chyba obaj postrzegamy dziś zupełnie inaczej pojęcie „Looper” bądź z pozoru proste słowo „Replay”.


Niezwykle inspirujące były jakże głębokie aluzje literackie! Obserwując przez cały tydzień pewien Garaż, w którym cały czas działo się coś dziwnego (chyba, że podlewanie konewką betonu uznać za rzecz normalną) zaczęliśmy utożsamiać białego malucha z Zosią (tą od Tadeusza). Konewka, biały maluch-Zosia – powrót Tadeusza do domu, wszystko się zgadza.


Poziom ogólno-literacki diametralnie spadł, kiedy przypomnieliśmy sobie ambitne teksty zespołu prawie-muzycznego, w którym Przyjaciel Maciej niegdyś się udzielał. Choć nic nie jest w stanie pobić fascynacji „kokainowym zgrzytem” i „śmiercią strategiczną” – to jednak płonący stOS i zasłyszany głOS stanowiły ciekawe uzupełnienie naszych „experienców”
.

Wynikiem tego całego zamieszania jest fakt, iż stałem się członkiem elitarnej grupy Turborealistów. Mój Przyjaciel – twórca pojęcia turborealizmu – stwierdził, że swą koncepcją sztuki wpisuję się w założenia naszej (już naszej) ideologii (których to założeń swoją drogą nikt do końca nie zna). Miło jest mi uczestniczyć w tym postmodernistycznym projekcie, w którym nawet uroczy zwrot „odpierdol się ode mnie” może prowadzić do sztuki najwyższych lotów.

piątek, 31 lipca 2009

Nie wiemy, co przyniesie jutro

Kiedy dwa tygodnie temu spojrzałem za Nią ostatni raz ogarnęło mnie przerażenie. Jej zrozpaczone spojrzenie, łzy na policzkach i smutne kroki, które stawiała szybko żeby znaleźć się jak najdalej ode mnie – utkwiły mi w pamięci. Czasem kiedy budzę się w nocy widzę tamto spojrzenie. I powoli umieram.

Przygnębiająca cisza, jaka nastała po tamtym wieczorze – zagłuszała wszystko, co wokół mnie. Cisza, która kłuła w uszy. Cisza. Cisza.

Cisza.

Parę dni, podczas których znalazłem się w innej rzeczywistości szybko minęły i spowodowały jeszcze większe zderzenie z rzeczywistością, z osamotnieniem i bezradnością. Kolejny tydzień, który przyniósł ze sobą cały szereg wieczorów spędzonych na balkonie mojego Przyjaciela okazał się zbawienny. Dzięki wspólnym refleksjom o życiu, o sztuce, o absurdach, nieabsurdach – wciąż żyję.

---

Gdy wczoraj okazało się, że zobaczę Ją jeszcze raz – nie mogłem uwierzyć. Czy rzeczywiście nadzieja dała mi szczęście? Przecież nie wiemy tego, co przyniesie jutro… Nie wiemy jaki scenariusz napisze życie.

Nie wiemy tego, co przyniesie jutro.

Powtarzałem dziś to zdanie kilka razy. Siedząc na trawie obok Niej, patrząc na Nią – mówiłem, iż nie mamy pojęcia o tym, co podaruje nam jutro. Byłem szczęśliwy. Byłem szczęśliwy, kiedy mówiła do mnie. Byłem szczęśliwy, kiedy patrzyła się na mnie. Pragnąłem Jej spojrzeń, w których odnalazłem miłość. Miłość wciąż tkwiła w Jej oczach. Chłonąłem każdy gest, każdy delikatny ruch Jej dłoni, nie chciałem przeoczyć czegokolwiek. Opalone ramiona, nogi – przez te kilka godzin miałem je tylko dla siebie. Jej stopy ukryte w trawie, które ponownie chciałem położyć na swoich kolanach. Cierpiałem w swoim wielkim szczęściu i powtarzałem, że nie wiemy, co przyniesie jutro.


Kiedy opowiedziałem o swoich emocjach i uczuciach; kiedy opowiedziałem o moich nadziejach i o oczekiwaniu na jutro – odczułem coś na kształt spełnienia. Wiedziałem o tym, że wreszcie usłyszała to, co chciałem jej powiedzieć. Choć tyle jeszcze zostało do powiedzenia…

W moim świecie już nie jest tak cicho. Milczenie zostało w dużym stopniu wypełnione uroczymi głoskami „c” i „s”, które dźwięczą mi teraz wesoło w uszach. Słysząc je, mogę zasnąć spokojniej.

Wciąż chowam radość pod powiekami.

Ca ira.

niedziela, 5 lipca 2009

Upadek Ikara

Lato przynosi ze sobą – wraz z falą gorąca – całą masę wszelkiego rodzaju owado-robactwa. Całe dnie i noce spędza się w towarzystwie mniej lub bardziej ohydnych stworzonek, które wprawiają mnie w stan głębokiej irytacji. Nie mam dla nich litości. Nie mam litości dla komarów, szczypawek i innych glizd, które bez skrupułów łapę w zasadzki i zabijam. To chyba jedyne stworzenia na świecie, którym mogę rzeczywiście zrobić coś złego… Taką okazję wykorzystuję więc instynktownie(ludzko)…

Właśnie uderzyłem od niechcenia starą gazetą w przemieszczającą się po moim pokoju histerycznym lotem muchę(much nie znoszę najbardziej). Wylądowała ona na parapecie i nie poderwała się z powrotem do dalszej psychodelicznej podróży. Przypatrzyłem jej się z bliska.Leży na grzbiecie, ma złamane skrzydło i rusza odnóżami równie histerycznie,jak wariackie były jej manewry, które wykonywała wcześniej w powietrzu. Teraz patrzę tępo w ekran komputera i co chwilę odrywam wzrok by spojrzeć czy jeszcze żyje…

Żyje – wciąż żyje. Macha rozpaczliwie cienkimi jak nitki nóżkami, chyba wołając o pomoc. Dlaczego nie skrócę jej cierpienia? Sam do końca nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie…Może dlatego, iż kojące jest oglądanie większego cierpienia niż swoje własne…Ale przecież ja tak naprawdę nie cierpię. Być może chciałbym jej pomóc, ale z drugiej strony – pragnę przekonać się czy sama da sobie jakoś radę. Wiem, żenie da, ale chcę to zobaczyć…

Ruchy małej muszki są coraz wolniejsze, słabsze. Obawiam się, że jej agonia jest już w zaawansowanym stadium. Teraz, kiedy to do mnie dotarło – zacząłem zastanawiać się nad tym, że dopiero jej śmierć stanie się dla mnie rzeczywistym problemem… Przecież zasługuje ona na godny jej cierpienia pogrzeb. Jako, iż stała się ona moją ofiarą, sposobem chwilowego zaleczenia ludzkich kompleksów niemożności – winien jej jestem chociaż to, aby ją pożegnać. Tylko jak? Być może muchy również bywają wyznawcami różnych religii, być może również są członkami sekt? Dlatego więc pochówek może być dla nich istotnym zagadnieniem. Nie chcę, żeby mucha,którą zamordowałem była z mojej winy dodatkowo potępiona. Co będzie, jeśli spalę jej zwłoki z zesztywniałymi odnóżami, a potem okaże się, iż jej wyznanie zabraniało palenia zwłok? I tak wyrzucę ją za okno – tak najlepiej. Dla niej i dla mnie. Ale jeszcze nie teraz – przecież ona wciąż żyje.

Mucha próbuje co jakiś czas podnieść swoje złamane skrzydło – bezskutecznie. Tak jak upadek Ikara, który przez swoją lekkomyślność spadł do morza – tak jej klęska jest upadkiem ostatecznym. Przestrogi Dedala nie wystarczyły, by uchronić jego syna przed śmiercią.Jego wołanie za nim nie mogło pomóc. Żegnaj Ikarze…

Ikar – takie imię nadałem umierającej na moim parapecie musze. Nawet nie wiem czy to samiec czy samica.Na przekór temu, iż zwykle w świadomości wszystkich figuruje „ta” mucha – dałem„jej” na imię Ikar. Zupełnie nie rozumiem dlaczego – bo przecież mucha nie może być świadoma swoich chrzcin, nie może być mi wdzięczna za nadane jej imię – ale poczułem się teraz z tego powodu dumny. Czy to normalne – być dumnym z wymyślonego imienia dla muchy? Chociaż nienawidzę much – ta jedna wzbudziła we mnie poczucie minimalnej litości. To nie jest sympatia, ale brak obojętności. Z drugiej strony jednak cały czas czuję się niezręcznie – mam wrażenie, że ona patrzy na mnie z martwym wyrzutem, bezustannie. Czy jest świadoma tego, kto jest jej oprawcą? Czy Ikar jest świadomy, iż stałem się dla niego zarazem palącym jego skrzydła słońcem, jak i pochłaniającym go bezkresnym morzem?Brakuje tylko Dedala… Dedal już odleciał, nigdy nie wróci. Kiedyś z pewnością usłyszę jego tęskny krzyk rozpaczy – ale nie będę tego świadom. Mucha rusza już tylko dwoma nóżkami. Robi to co jakiś czas. Czy chcę, aby skończyła cierpieć?

Nie. Ale nie dlatego, że pragnę patrzeć na jej katusze. Nie chcę jej śmierci, ponieważ mnie zaintrygowała… Zafascynowała mnie jej walka. Jestem pełen podziwu dla jej upartości, honoru, woli życia. Jej instynktowny bój z nadciągającą śmiercią jest upersonifikowaniem nietzscheańskiej woli życia, nawet nie woli mocy – po prostu życia. To, czego brakuje tak wielu ludziom – emanuje z dzikiej postawy maleńkiej muchy. Nie chcę jej śmierci, nie zasłużyła na nią – właśnie dzięki tkwiącej w niej woli istnienia. Ale zaraz… Przecież to niemożliwe, aby Ikar przeżył. Los Ikara jest przesądzony – przez jego lekkomyślność i … wolę mocy właśnie. A może dla tej umierającej muchy jest jednak jakaś szansa? Być może pokona ona siłę mitu i natury zarazem? Nie, to niemożliwe… Tego nie można dokonać. Szczególnie, gdy będąc poparzonym przez słońce, zlatuje się wprost do głębokiego morza. Żegnaj Ikarze?

Mucha właśnie zakończyła swą walkę.